Stanisław Słowiński Sekstet – fantastyczny koncert

Jazz nie musi być martwą muzyką, w której zastąpiono leżącą u jego źródeł improwizacją zespołową popisami poszczególnych muzyków w trakcie solówek. U źródła taki zresztą nie był, przynajmniej nie zawsze. Wspaniały koncert Stanisława Słowińskiego z zespołem pokazał, że nie tylko muzyka improwizowana ma się w Polsce bardzo dobrze, ale też, że jej świeżości energetycznej oczekują słuchacze. Najlepszą recenzją koncertu, nie tyle są owacje na stojąco po koncercie, ile żywa reakcja publiczności podczas grania. Nie zabrakło wczoraj ani reakcji, ani owacji. Koncert zorganizowany przez Agencję Artystyczną JazzGra wpisał się w działania radiowej Trójki oraz festiwal Jazz z Wami.

Plakat zapowiadał Stanisław Słowiński Quintet, okazało się jednak, że obok Słowińskiego i muzyków SSQ na scenie stanął jeszcze Apel les Carod Requesens. Dwóch młodych skrzypków na jednej scenie, rodzi pytanie o to, jak to rozegrają, by się nie dublować, ale też nie robić wyścigów konnych, bo choć trochę o tym zapomnieliśmy, nie o to chodzi w jazzie…mimo że słusznie obu kojarzymy z Seifert Competition, żaden nie jest kalką Zbigniewa Seiferta, inaczej przefiltrowali moc inspiracji płynącą z geniuszu Seiferta inne jest też ich granie skrzypiec. Formalnie grają to samo, a jednak nie tak samo.

Od początku słychać, potęga gry Słowińskiego ma w sobie echa sabałowej nuty, to jednak bardziej wariacja Szymanowskim na temat Harnasi, jest w nich też niezwykła erudycja muzyczna, spięta przez emocjonalność, a raczej ekspresją Coltrane’a, którą przecież rozwinął i transponował na skrzypce nie kto inny jak właśnie twórca płyty Man Of The Light, Kilimanjaro czy Passion. W przypadku Apel les’a skrzypce nie tracą efektywności, niosą jednak w sobie nieco inną tradycję wirtuozerii, płyną nieco lżejszą emocją. Trudno mówić o minimalizmie w tak gęstym graniu, ale zwłaszcza w utworze zagranym na bis miesza się wulkan energetyczny z zatrzymaniem, jakie w historii muzyki przyniósł Eric Satie.

Nie otrzymaliśmy jednak nic na kształt hip hopowego beeafu. Nie ma tu walki o prymat, jest niezwykła koncentracja, słuchanie wzajemne i widoczne, wyczuwalne zwłaszcza u Słowińskiego czekanie na moment własnego wejścia. Czekanie, w którym nie ma sztywnej wizji popisu, jest szukanie impulsu, inspiracji w tym, co gra partner. Zresztą to właśnie koncentracja lub jak woli to dookreślać Słowiński komunikacja na scenie, uważne słuchanie siebie są istotą muzyki improwizowanej w takim rozumieniu, jakie pokazał sekstet na gnieźnieńskim koncercie.

Koncentracja w relacji na skrzypkach Słowińskim i Carod Requesens wydaje się tak samo uzasadniona, jak to momentami nachalne przypinanie Seiferta, ale nie można zapominać, że na scenie mieliśmy też inne nazwiska, które niebawem będą wyznaczały, jeśli już tego nie robią nową redefinicję jazzu, który będzie trwał, tak długo, jak będą muzycy, czujący potrzebę definiowana na nowo. W swoim zespole trzymając się seifertowych analogii Słowiński ma podobnie jak maestro Zbigniew swojego Man Of The Light. Rzecz jasna Kuba Płużek gra nieco inaczej technicznie i chyba jeszcze nie jest tak jasny, jak Alfred McCoy Tyner, już dziś jednak blisko mu do Luminescence Sebastiana Zawadzkiego. Choć trzeba przyznać, że Karolina Pietrzko, która gra w Quintecie na co dzień też buduje piękne piano. Niewątpliwie baza, jaką daje bas to także Justyn Małodobry, tu ogranie Słowiński – Małodobry również z DUCHa słyszalne w mgnieniu ucha. Trzeba przyznać, że to nowe pokolenie basistów ma kilka mocnych punktów, a jednym z nich jest Małodobry. Nieoczekiwana zamiana miejsc w przypadku trąbki wniosła nieco inną energię. Dominik Borek, obecny raczej oszczędnie, jest ze swoją trąbką bardzo wyważony, ale nie zachowawczy. Wrzucił do tego koncertu kilka niesamowitych fraz i dźwięków w stuprocentach na miejscu. Bębny w projekcie z Apel las’em Carod Requesens mimo małego zestawu, bez nadmiaru tomów, blach i bongosów pracowały jak tłok najlepszego silnika. Rytm, puls w tym zestawie po prostu trzymał wszystko w ryzach. Od tego wszak jest sekcja rytmiczna. Grzegorz Masłowki niezwykle skoncentrowany na kolegach, skupiony, bez szarż, bardzo efektywnie, mięsiście uderzał, niby nic, a momenty, w których rodziło się zastanowienie: jak to zrobił?

Program koncertu oparty głównie na kompozycjach Apel las’a i Słowińskiego bardzo ciekawie ułożony dynamicznie z nerwem i dramaturgią koncertu. Rzecz jasna nie zabrakło wspomnianego Seiferta. Koncert w dwóch zwartych setach, miejscami zahaczający o poetykę jazz core’owego grania w stylu Zakarya niesamowicie bezkompromisowy bez jakichś wycinanek i popisów klezmerskich, a mimo to z momentami wirtuozerii został wspaniale przyjęty przez publiczność. Tym razem sprzyjał odbiorowi też brak stolików vipowskich, na które w MOK-u po prostu nie było miejsca. Rzecz jasna wykafelkowana w 1/3 sala widowiskowa MOK to niestety trudna w utrzymaniu akustycznej czystości łazienka, ale mimo to zabrzmiało dobrze. Ciut dołów więcej mogło być, ale to byłoby na tej sali ryzyko. Trzeba też powiedzieć, że finał regularnego grania City of Spring postawiło przepiękną kropkę rzecz jasna, skrzypce robiły tu swoje ale mimo dziwnego stroju instrumentu, na którym zagrał, pewnie z konieczności Kuba Płużek pięknie pomyślane przez Seiferta partie piana poszybowały, jak trzeba. Dobrze się więc stało, że na bis muzycy nieco zmienili klimat. Stojące owacje w pełni zasłużone.

Wartością pozamuzyczną zapewne była obecność Marcina Owczarka z Trójki i dyrektora Festiwalu Jazz z Wami Wojtka Kłeczka. To był bardzo dobry, ale też ważny koncert. Pokazał, że nie potrzeba przebrzmiałych nazwisk, by stworzyć zjawiskowy koncert, że publiczność tego typu koncertów odbiera prawdę płynącą z emocji na scenie. – Myślę, że na tyle jak dalece w każdym graniu, czyli…absolutnie. Myślę o muzyce, nie tylko o takim jej graniu, jak dziś, jako czymś, co jest narzędziem komunikacji. Jeżeli narzędziem komunikacji, to to, co jest na pierwszym planie to treść. Emocje są tu treścią, tym co chcemy przekazać. Jeśli próbujemy komunikować się ze sobą, nie przekazując żadnej treści, to tak jak w rozmowie, tak i w muzyce jest to pozbawione sensu – odpowiedział nam na pytanie o to, jakie znaczenie w graniu mają dla niego emocje Stanisław Słowiński. I to niech będzie pointa, tak to było granie po coś.

Jarosław Mikołajczyk

Informacje Lokalne Gniezno