Stanisław Słowiński Sekstet – fantastyczny koncert

Jazz nie musi być martwą muzyką, w której zastąpiono leżącą u jego źródeł improwizacją zespołową popisami poszczególnych muzyków w trakcie solówek. U źródła taki zresztą nie był, przynajmniej nie zawsze. Wspaniały koncert Stanisława Słowińskiego z zespołem pokazał, że nie tylko muzyka improwizowana ma się w Polsce bardzo dobrze, ale też, że jej świeżości energetycznej oczekują słuchacze. Najlepszą recenzją koncertu, nie tyle są owacje na stojąco po koncercie, ile żywa reakcja publiczności podczas grania. Nie zabrakło wczoraj ani reakcji, ani owacji. Koncert zorganizowany przez Agencję Artystyczną JazzGra wpisał się w działania radiowej Trójki oraz festiwal Jazz z Wami.

Plakat zapowiadał Stanisław Słowiński Quintet, okazało się jednak, że obok Słowińskiego i muzyków SSQ na scenie stanął jeszcze Apel les Carod Requesens. Dwóch młodych skrzypków na jednej scenie, rodzi pytanie o to, jak to rozegrają, by się nie dublować, ale też nie robić wyścigów konnych, bo choć trochę o tym zapomnieliśmy, nie o to chodzi w jazzie…mimo że słusznie obu kojarzymy z Seifert Competition, żaden nie jest kalką Zbigniewa Seiferta, inaczej przefiltrowali moc inspiracji płynącą z geniuszu Seiferta inne jest też ich granie skrzypiec. Formalnie grają to samo, a jednak nie tak samo.

Od początku słychać, potęga gry Słowińskiego ma w sobie echa sabałowej nuty, to jednak bardziej wariacja Szymanowskim na temat Harnasi, jest w nich też niezwykła erudycja muzyczna, spięta przez emocjonalność, a raczej ekspresją Coltrane’a, którą przecież rozwinął i transponował na skrzypce nie kto inny jak właśnie twórca płyty Man Of The Light, Kilimanjaro czy Passion. W przypadku Apel les’a skrzypce nie tracą efektywności, niosą jednak w sobie nieco inną tradycję wirtuozerii, płyną nieco lżejszą emocją. Trudno mówić o minimalizmie w tak gęstym graniu, ale zwłaszcza w utworze zagranym na bis miesza się wulkan energetyczny z zatrzymaniem, jakie w historii muzyki przyniósł Eric Satie.

Nie otrzymaliśmy jednak nic na kształt hip hopowego beeafu. Nie ma tu walki o prymat, jest niezwykła koncentracja, słuchanie wzajemne i widoczne, wyczuwalne zwłaszcza u Słowińskiego czekanie na moment własnego wejścia. Czekanie, w którym nie ma sztywnej wizji popisu, jest szukanie impulsu, inspiracji w tym, co gra partner. Zresztą to właśnie koncentracja lub jak woli to dookreślać Słowiński komunikacja na scenie, uważne słuchanie siebie są istotą muzyki improwizowanej w takim rozumieniu, jakie pokazał sekstet na gnieźnieńskim koncercie.

Koncentracja w relacji na skrzypkach Słowińskim i Carod Requesens wydaje się tak samo uzasadniona, jak to momentami nachalne przypinanie Seiferta, ale nie można zapominać, że na scenie mieliśmy też inne nazwiska, które niebawem będą wyznaczały, jeśli już tego nie robią nową redefinicję jazzu, który będzie trwał, tak długo, jak będą muzycy, czujący potrzebę definiowana na nowo. W swoim zespole trzymając się seifertowych analogii Słowiński ma podobnie jak maestro Zbigniew swojego Man Of The Light. Rzecz jasna Kuba Płużek gra nieco inaczej technicznie i chyba jeszcze nie jest tak jasny, jak Alfred McCoy Tyner, już dziś jednak blisko mu do Luminescence Sebastiana Zawadzkiego. Choć trzeba przyznać, że Karolina Pietrzko, która gra w Quintecie na co dzień też buduje piękne piano. Niewątpliwie baza, jaką daje bas to także Justyn Małodobry, tu ogranie Słowiński – Małodobry również z DUCHa słyszalne w mgnieniu ucha. Trzeba przyznać, że to nowe pokolenie basistów ma kilka mocnych punktów, a jednym z nich jest Małodobry. Nieoczekiwana zamiana miejsc w przypadku trąbki wniosła nieco inną energię. Dominik Borek, obecny raczej oszczędnie, jest ze swoją trąbką bardzo wyważony, ale nie zachowawczy. Wrzucił do tego koncertu kilka niesamowitych fraz i dźwięków w stuprocentach na miejscu. Bębny w projekcie z Apel las’em Carod Requesens mimo małego zestawu, bez nadmiaru tomów, blach i bongosów pracowały jak tłok najlepszego silnika. Rytm, puls w tym zestawie po prostu trzymał wszystko w ryzach. Od tego wszak jest sekcja rytmiczna. Grzegorz Masłowki niezwykle skoncentrowany na kolegach, skupiony, bez szarż, bardzo efektywnie, mięsiście uderzał, niby nic, a momenty, w których rodziło się zastanowienie: jak to zrobił?

Program koncertu oparty głównie na kompozycjach Apel las’a i Słowińskiego bardzo ciekawie ułożony dynamicznie z nerwem i dramaturgią koncertu. Rzecz jasna nie zabrakło wspomnianego Seiferta. Koncert w dwóch zwartych setach, miejscami zahaczający o poetykę jazz core’owego grania w stylu Zakarya niesamowicie bezkompromisowy bez jakichś wycinanek i popisów klezmerskich, a mimo to z momentami wirtuozerii został wspaniale przyjęty przez publiczność. Tym razem sprzyjał odbiorowi też brak stolików vipowskich, na które w MOK-u po prostu nie było miejsca. Rzecz jasna wykafelkowana w 1/3 sala widowiskowa MOK to niestety trudna w utrzymaniu akustycznej czystości łazienka, ale mimo to zabrzmiało dobrze. Ciut dołów więcej mogło być, ale to byłoby na tej sali ryzyko. Trzeba też powiedzieć, że finał regularnego grania City of Spring postawiło przepiękną kropkę rzecz jasna, skrzypce robiły tu swoje ale mimo dziwnego stroju instrumentu, na którym zagrał, pewnie z konieczności Kuba Płużek pięknie pomyślane przez Seiferta partie piana poszybowały, jak trzeba. Dobrze się więc stało, że na bis muzycy nieco zmienili klimat. Stojące owacje w pełni zasłużone.

Wartością pozamuzyczną zapewne była obecność Marcina Owczarka z Trójki i dyrektora Festiwalu Jazz z Wami Wojtka Kłeczka. To był bardzo dobry, ale też ważny koncert. Pokazał, że nie potrzeba przebrzmiałych nazwisk, by stworzyć zjawiskowy koncert, że publiczność tego typu koncertów odbiera prawdę płynącą z emocji na scenie. – Myślę, że na tyle jak dalece w każdym graniu, czyli…absolutnie. Myślę o muzyce, nie tylko o takim jej graniu, jak dziś, jako czymś, co jest narzędziem komunikacji. Jeżeli narzędziem komunikacji, to to, co jest na pierwszym planie to treść. Emocje są tu treścią, tym co chcemy przekazać. Jeśli próbujemy komunikować się ze sobą, nie przekazując żadnej treści, to tak jak w rozmowie, tak i w muzyce jest to pozbawione sensu – odpowiedział nam na pytanie o to, jakie znaczenie w graniu mają dla niego emocje Stanisław Słowiński. I to niech będzie pointa, tak to było granie po coś.

Jarosław Mikołajczyk

Informacje Lokalne Gniezno

03.06.2017 – Jazz z Wami – Stanisław Słowiński Quintet

03.06.2017, godz. 20.00
Miejski Ośrodek Kultury w Gnieźnie

Jazz z Wami oraz Agencja Artystyczna JazzGra w Gnieźnie zapraszają na wyjątkowy koncert pod patronatem Radiowej Trójki.

Stanisław Słowiński Quintet.

Artyści wystąpią w składzie:
Stanisław Słowiński – skrzypce
Zbyszek Szwajdych – trąbka
Kuba Płużek – fortepian
Justyn Małodobry – kontrabas
Grzegorz Masłowski – perkusja

Zespół czerpie inspiracje z klasyki polskiego jazzu i jednocześnie pozostaje pod silnym wpływem bogactwa form muzyki współczesnej. Grupa stawia sobie za priorytet pracę nad indywidualnym brzmieniem zespołu, zbudowanym na wypadkowej zawartych w muzyce emocji. To bardzo młoda i niezwykle utytułowana kapela.
Członkowie grupy mają na swoim koncie udział w licznych konkursach i festiwalach (m.in.: Jazz Juniors 2015 – Grand Prix i Nagroda Specjalna, I Międzynarodowy Jazzowy Konkurs Skrzypcowy im. Zbigniewa Seiferta – Nagroda Publiczności, Jazz Juniors 2014 – II nagroda, IV Ogólnopolski Festiwal Improwizacji i Interpretacji Jazzowej JAZZ NA WSI 2015 – III miejsce oraz Nagroda Publiczności, Konkurs o tytuł Nowej Nadziei Jazzu – Novum Jazz Festival – wyróżnienie.

Lider zespołu – Stanisław Słowiński to niezwykle utalentowany skrzypek, aranżer, kompozytor, producent muzyczny, multiinstrumentalista.Laureat Grand Prix 39. Międzynarodowego Konkursu Młodych Zespołów Jazzowych Jazz Juniors z autorskim projektem Stanisław Słowiński Quintet.
Laureat Nagrody Publiczności na I Międzynarodowym Jazzowym Konkursie Skrzypcowym im. Zbigniewa Seiferta. Nominowany w kategoriach”Skrzypce” oraz „Nowa nadzieja”w ankiecie Jazz Top czytelników Jazz Forum.
Jako lider projektów autorskich, sideman oraz współpracując z kilkunastoma orkiestrami kameralnymi i symfonicznymi koncertuje regularnie w kraju oraz za granicą: m.in. w Korei Południowej, Chile, Hiszpanii, we Włoszech, Francji, Norwegii, Islandii, Anglii, na Ukrainie, Serbii, Rumunii, Słowacji, Czechach i wielu innych krajach.

Bilety w cenie 35 i 25 zł (do ulgi uprawnieni są uczniowie i studenci po okazaniu legitymacji), dostępne są na www.kupbilecik.pl, oraz przed koncertem w Miejskim Ośrodku Kultury w Gnieźnie.

RAY WILSON „WSPANIAŁY”!

Jubileuszowy, pięćdziesiąty koncert Agencji Artystycznej „Jazz-Gra” właśnie przeszedł do historii. Takim mocnym akcentem muzycznym zapisał się w Pierwszej Stolicy Polski były frontman zespołu Genesis. Ray Wilson porwał swoim występem pełną po prawie ostatnie miejsca widownię, zabierając przybyłych do swojego muzycznego świata.

Aula szkolna I Liceum Ogólnokształcącego w Gnieźnie zapełniła się w kilka chwil, po czym przed widownią stanął on, Ray Wilson ze swoim zespołem. Zaczyna się 50. koncert z cyklu „Jazz-Gra w Gnieźnie – Pierwszej Stolicy Polski”, najpierw słyszymy pierwsze oklaski, a potem zapada „cisza”. Ze sceny płyną pierwsze dźwięki, znana dobrze piosenka pt. „No son of mine” z repertuaru Genesis.

Koncert został od strony stricte muzycznej zbudowany na trzech ważnych epizodach, które wywarły największy wpływ na karierę Raya Wilsona. Artysta w ostatniej chwili zdecydował się zrobić niespodziankę i przyjechał do Gniezna z pełnym składem zespołu, zamieniając planowany wcześniej koncert akustyczny w pełny występ elektryczny. – Sądzę, że pewna różnica jest tu w energii. Kiedy gramy w pełnym składzie, mam dużo więcej możliwości i uderzam mocniej w bity. Zagramy utwory z dwóch nowych krążków, które ukazały się w tym roku. Nie zabraknie kawałków z czasów Genesis, które ludzie dobrze znają i wiem, że je kochają – opowiada jeszcze przed koncertem Ray Wilson.

48-letni wokalista i gitarzysta jest byłym frontmanem zespołu Genesis, z którym nagrał w 1997 roku płytę pt. „Calling all station”. Wcześniej śpiewał i grał w Stiltskin, z którym wylansował przebój „Inside”. W ostatnim piętnastoleciu zarejestrował jeszcze siedem płyt solowych.

Jak wspomina płytę nagraną z Genesis? Która jest jego ulubioną piosenką z tego albumu? – Tytułowy „Calling all station” – kocham ten utwór, ale moim ulubionym jest „There must be same other way” –wyznaje Brytyjczyk. A co z kultowym kawałkiem „Not about us”? Po ten kawałek najczęściej sięgają radiowe rozgłośnie. – To też jest dobry kawałek, ale myślę, że w „There must be same other way” wyzwanie wokalne jest dużo większe i trudniejsze. Nie dzisiaj, „Not about us” nie będzie. Jak robić będziemy trasę rocznicową „Calling all station” w przyszłym roku, to zaśpiewam tę piosenkę, obiecuję – zapowiada Ray Wilson.

Zadowolenia nie kryje również organizator tego przedstawienia jubileuszowego. – Ja nie zakładałem, że przez te 15 lat uda się aż te 50 koncertów zorganizować, bo to potem dopiero kolejne wyzwania zaczynały się pojawiać i jestem zdumiony, że tak szybko ten czas minął. Taki moduł w sumie sam się wytworzył, że jakaś marka przez te lata została wypracowana i niektórzy artyści sami do nas się zaczęli w pewnym momencie zgłaszać. To też sami ludzie budują ten nasz nastrój, że warto przyjechać w to miejsce, bo publiczność jest gotowa na odbiór dobrej i wyrafinowanej muzyki, to wszystko razem procentuje. Nasza dbałość o artystów chyba też procentuje, nie kładzie się cieniem, a wprost przeciwnie. Jesteśmy chwaleni, ale to także dlatego, że nie przypadkowi ludzie przychodzą na te koncerty. Są to rzeczy ciekawe, bo śledzimy, co nowego pojawia się na tym runku muzycznym. Chcemy sięgać po starych mistrzów, ale również po te młode lwy i tu przykładem jest jeden z ostatnich koncertów, którym uraczył nas Paweł Kaczmarczyk. Mamy plany, może jeszcze nie na następne 50 koncertów, ale pracujemy, żeby nie było nudno – podsumowuje Krzysztof Gronikowski, prezes Agencji Artystycznej „Jazz-Gra”.
Wojciech Orłowski

MUZYCZNA PODRÓŻ Z YANKEL BAND

Po raz ostatni muzykowali w Gnieźnie 11 lat temu, ale nie wiele osób pamięta już ten występ. Zespół goszczący w sobotni wieczór w naszym mieście zabrał przybyłych melomanów do ciekawych i raczej nieznanych nikomu dotąd zakamarków improwizacji muzycznej.

Koncert zespołu Yankel Band niewątpliwie na długo zostanie w pamięci publiczności, która przybyła do Miejskiego Ośrodka Kultury w Gnieźnie Tworzący własną muzykę instrumentalną artyści z Łodzi łączą kilka gatunków, w tym przede wszystkim: jazz, blues, art rock i klimaty etniczne. Grupa w swoim repertuarze posiada standardy jazzowe w stylu gipsy swing. – To nie jest debiutant na scenie w Gnieźnie. Pewnie jest ktoś taki, kto pamięta, jak pojawili się u nas 11 lat temu i zrobili wspólnie z Maciejem Strzelczykiem oszałamiający koncert występując jeszcze wtedy pod nazwą Kapela Jankiela. Myślę, że dzisiaj będzie podobnie – mówi Krzysztof Gronikowski, prezes Agencji Artystycznej „Jazz-Gra” i gnieźnieńskiego Jazz Clubu Amok, organizator koncertu. – To już 49. koncert z cyklu Jazz Gra w Pierwszej Stolicy Polski – dodaje.

Ciekawi takiego połączenia słuchacze zostali uraczeni dużą ilością jazzu i bluesa z klimatami wspomnianej muzyki etnicznej, wyniesionych z tradycji cygańskiej i hiszpańskiej, zachowanej jednak w słowiańskiej melodyjności. Koneserzy i znawcy muzyki, którzy obecni byli w sali widowiskowej MOK-u mogli przekonać się na własne uszy, dlaczego Yankel Band to podobno ulubiona polska kapela słynnego Nigela Kennedy.

Zagrali bardzo dobrze brzmiący, dynamiczny koncert z nieco ekscentrycznie brzmiącymi kompozycjami, przez moment prezentując nawet góralski blues na skrzypce i gitary w piosence pt. „Besarabia”. Zakończenie z długimi owacjami na stojąco od pełnej po brzegi sali, to najlepszy dowód na to, że wszystkim podobało się.

Yankel Band przyjechali tym razem do Pierwszej Stolicy Polski w towarzystwie niezwykłego gościa. Na scenie pojawiła się Sylwia Walczak, perkusistka grająca na bębnach afrykańskich, która sztuki używania tego instrumentu uczyła się u jego twórców i mistrzów w Gwinei. Ciekawostką jest fakt, że razem wystąpili na żywo po raz pierwszy, co pozwala wystawić jeszcze wyższą ocenę za wspaniałe uzupełnianie się w niełatwym i wielorakim repertuarze.

Ponadto zagrali w Gnieźnie muzycy z podstawowego składu zespołu Yankel Band: Piotr Przybył (skrzypce elektryczne), Krzysztof Kociszewski (gitara elektryczna), Radosław Wróbel (gitara basowa, gitara akustyczna).

Wojciech Orłowski

24 września 2016 – Yankel Band

To będzie niezwykły koncert! Yankel Band to jedna z najciekawszych, rodzimych kapel, która rewelacyjnie łączy elementy jazzu, bluesa i muzyki etnicznej. Jednak główną cechą muzyki tworzonej przez łódzką grupę jest słowiańska melodyjność.
Zespół założony został w 2000 roku w Łodzi. Był wielokrotnie nagradzany na ogólnopolskich festiwalach jazzowych i bluesowych (m.in. II nagroda na V Ogólnopolskim Przeglądzie Zespołów Jazzowych w Gdyni w 2002 r., Najlepszy Łódzki Zespół Jazzowy Roku 2006 – Gala Jazzowa Grand Prix „Melomani” w Łodzi.)
Yankel Band koncentruje się na tworzeniu własnej muzyki instrumentalnej opartej na akustycznym brzmieniu i improwizacji. Specyficzne instrumentarium – skrzypce, gitara klasyczna i akustyczna, kontrabas to wynik klasycznego wykształcenia muzyków. Zespół stanowią: Piotr Przybył – skrzypce, Krzysztof Kociszewski – gitara i Radosław Wróbel – gitara basowa.
Bilety w cenie 30 i 20 zł. do nabycia w Miejskim Ośrodku Kultury w Gnieźnie, na www.kupbilecik.pl i przed koncertem.

12 marca 2016 – Paweł Kaczmarczyk – AUDIOFEELING TRIO

To jedno z najważniejszych nazwisk w polskim jazzie, wielokrotnie przywoływane przez międzynarodowe media. Paweł Kaczmarczyk to fenomenalny pianista i kompozytor, autor licznych albumów wydanych dla wielkich europejskich wytwórni. Jest laureatem wielu prestiżowych nagród m.in. Oskarów Jazzowych – Grand Prix Melomani. Dwukrotnie nominowany do nagrody FRYDERYK w kategoriach: Jazzowy Muzyk Roku oraz Fonograficzny Debiut Roku. Koncertuje na całym świecie. W Gnieźnie pianiście towarzyszyć będą znakomici muzycy: Jakub Dworak na kontrabasie i Dawid Fortuna na perkusji. Zespół zaprezentuje utwory z wydanej w ubiegłym roku płyty „Something personal”. Bilety w cenie 30 i 20 zł do nabycia na www.kupbilecik.pl, w Miejskim Ośrodku Kultury, lub przed koncertem.
12 marca (sobota), godz. 20.00, aula szkoły MEDYK, ul. Mieszka I 27 w Gnieźnie.

24 PAŹDZIERNIKA 2015 – GORAN IWANOVIC TRIO

Koncert w eSTeDe

Tak jak pochodzenie gitarzysty Gorana Ivanovica, tak jego muzyka okazała się bardzo energetyczną mieszanką różnych wpływów kulturowych. Urodzony w Chorwacji syn Chorwatki i Serba, na co dzień mieszka w USA. Muzyka Tria jest jak się okazało podczas koncertu jest mocno osadzona w jazzowej podstawie pobrzmiewa zarówno bałkańską energią, jak i gorące flamenco, ale i bluesem, nie zabrakło jednak bardzo dynamicznej jazz rockowej motoryki.

Tak jak pochodzenie gitarzysty Gorana Ivanovica, tak jego muzyka okazała się bardzo energetyczną mieszanką różnych wpływów kulturowych. Urodzony w Chorwacji syn Chorwatki i Serba, na co dzień mieszka w USA. Muzyka Tria jest jak się okazało podczas koncertu jest mocno osadzona w jazzowej podstawie pobrzmiewa zarówno bałkańską energią, jak i gorące flamenco, ale i bluesem, nie zabrakło jednak bardzo dynamicznej jazz rockowej motoryki.

Koncert niebywałego tria odbył się w Centrum Kultury eSTeDe. Trio pokazało nie tylko zdecydowanie mocne podszycie jazzowe i wpływy muzyki folkowej i etnicznej. Mimo, że Goran Ivanowic niewątpliwie jest wirtuozem gitary, co pokazał w kilku efektownych momentach. Tym razem pokazał jednak niezwykle oszczędne granie, bardziej oparte na bardzo mocnej grze zespołowej.

Część utworów zbudowana na motoryce dyktowanej przez sekcję rytmiczną, bardzo mocno przypominającą mistrzów krautrocka – niemiecka formację Can. Właśnie to bardzo mocne osadzenie ram części utworów na pracy basu i perkusji pozwoliły Ivanovicowi grać bardzo gęste, bardziej efektywne niż efektowne dźwięki. Taka opcja pokazała, zupełnie inne oblicze Ivanovica niż podczas poprzednich koncertów. To oszczędne w kilku utworach granie pozwoliło przede wszystkim usłyszeć niesamowitą dojrzałość całego tria.

Mimo sekcji rytmicznej Mat Alery – bas i Peter Tashiano przywodzącej na myśl duet Czukay & Liebezeit zespół pokazał bardzo świeże oblicze muzyki z pogranicza jazzu. Ten właśnie układ solidnych ram rytmicznych tworzących bazę utworów i oszczędnej ale i czasem wirtuozerskiej gry Ivanovica stworzyły naprawdę świetny występ chickagowskiego Tria. Był to jeden z ciekawszych koncertów zorganizowanych przez JazzGrę i Krzysztofa Gronikowskiego osadzonych w nowoczesnym rozumieniu jazzu.

Patronem medialnym koncertu były informacjelokalne.pl
Jarosław Mikołajczyk

18 WRZEŚNIA 2015 – MAREK PIEKARCZYK – akustycznie

Informacjelokalne.pl

Marek Piekarczyk wystąpił w auli I LO w Gnieźnie na zaproszenie Agencji JazzGra. Koncert akustyczny zminimalizowany do tria, okazał się wydarzeniem w sam raz na otwarcie kolejnego sezonu koncertowego JazzGra. Marek Piekarczyk wokalista TSA, odtwórca roli Chrystusa w rock – operze „Jesus Christ Superstar”, ostatnio też juror w jednym z programów typu talent show, przyjechał by zagrać w mieście swojej młodości.

Ten sentyment dało się już wyczuć podczas spotkania z fanami w bibliotece I LO. Rozmowę oficjalną poprowadziła Joanna Gronikowska. Artysta z sporą atencją, ale i pewną tęsknotą opowiadał o młodzieńczych przygodach w Gnieźnie. Ojciec Marka Piekarczyka był oficerem w jednej z gnieźnieńskich jednostek, jednak na krótko przed 1000-leciem chrztu Polski, z racji na to, że nie należał do PZPR został przeniesiony do Bochni. Przyczynkiem do spotkania była książka „Zwierzenia kontestatora – wywiad rzeka”, który z Piekarczykiem przeprowadził Leszek Gnoiński. Książka zawiera także motywy gnieźnieńskie. – Gniezno to jest jakieś źródło, raczej w moim życiu gniazdo, może następna płyta będzie się nazywać właśnie Gniazdo. Teraz może ten sentyment i emocje, gdy tu przyjeżdżam są mniejsze niż wtedy, gdy przeprowadziliśmy się do Bochni. Pamiętam, że wtedy przez jakiś czas śniłem o Gnieźnie po nocach – powiedział nam przed koncertem marek Piekarczyk.

Jak się okazało pomysł szefa JazzGry i GTJ Amok – Krzysztofa Gronikowskiego był ze wszech miar trafiony. Aula Pomnika wypełniona niemal do ostatniego miejsca, a przekrój wiekowy był bardzo różny. Niewątpliwie część publiki stanowili fani TSA sprzed lat. Piekarczyk wykonał głównie utwory z płyty „Źródło”, co sprawiło, że koncert był szczególna bo sentymentalna podróżą w czasie. „Źródło” to płyta na, której artysta sięgnął po utwory z początków polskiego rocka niekiedy zahaczające jeszcze o big bit. Były to jednak utwory wspaniałych formacji często prekursorskich na tamte czasy nie tylko w skali kraju.

– Dostałem propozycję nagrania takiej płyty z przebojami rock’n’rolla i rocka. Podzieliłem się tym z jednym z muzyków TSA i on mi przypomniał, ze nie trzeba sięgać po zachodnich wykonawców, że w Polsce wspaniałe grupy. I ostatecznie zagrałem płytę z polskimi pieśniami i piosenkami rockowymi. Gdzieś kiedyś czytałem książkę wedle, której big bit miał układ z władzą PRL, była tam teza, że muzycy big bitowi pomagali reżimowi. Powybierałem na płytę takie utwory, które ewidentnie temu przeczą. Takie grupy jak Test czy Klan a na płycie piosenki „Na przekór” czy „Płyń pod prąd”, nawet pozornie zwyczajna piosenka „Hej wracajcie chłopcy na wieś” była w czasach, kiedy propaganda wyciągała chłopów ze wsi by pracowali w fabrykach, była w jakimś sensie anty systemowa – powiedział nam Marek Piekarczyk.

Właściwie już od zapowiedzi Krzysztofa Gronikowskiego po ostatnie dźwięki bisu ten wieczór stał się magiczny. Wokalista TSA zdecydowanie swobodniej realizuje siebie w tym akustycznym zestawieniu, wykonując zarówno piosenki własne jak i te z płyt „Źródło” czy „Yugopolis”. Koncert tym razem to nie tylko piosenki, atmosferę tworzyło też świetne prowadzenie, anegdoty i wspomnienia, które Piekarczyk czynił ze swadą i na wesoło, nie przekraczając granicy dobrego smaku.

Jeśli jednak mowa o wykonaniach i piosenkach, właściwie cały koncert można skwitować stwierdzeniem: to był piękny koncert. Przy czym słowa piękny używamy we właściwym jego znaczeniu. Trudno powiedzieć o mocniejszych momentach koncertu, bo słabszym momentów po prostu nie było. Publiczność z takim samym entuzjazmem przyjmowała „Epidemie euforii”, jak „Całe niebo w ogniu”. Pewien rodzaj misterium towarzyszył wykonaniom „Nie widzę ciebie w swych marzeniach” i „Nie przejdziemy do historii”. Bardzo mocna interakcja i wspólne śpiewanie towarzyszyły jedynemu w tym dniu kawałkowi TSA „Na co czekasz” ale i „Hej, wracajcie chłopcy na wieś”. Zamknięciem regularnego koncertu był wspaniały utwór Klanu – „Na przekór”. Owacje na stojąco i bis w zupełności oddały niepowtarzalność koncertu. Kiedy w niektórych partiach ostatniego kawałka Marek Piekarczyk śpiewał bez mikrofony, było jasnym, tak mógł zrobić tylko mistrz.

Komentarz autora
Wydaje się, że to obecnie jeden z nielicznych prawdziwych ambasadorów Gniezna, nie gwiazdka, a człowiek wielkiego formatu, wielka szkoda, że to nie on otworzył listę nagrodzonych tym właśnie tytułem przez Miasto. Wracając do koncertu. Nie dlatego, że swego czasu zawaliłbym szkołę jeżdżąc za TSA po Polsce, i nie dlatego, że Marek Piekarczyk był jedynym rockowym wykonawcą (wówczas z TSA), którego z moich płyt słuchała moja mama, nawet nie dlatego, że mamy z Markiem wspólnych hippisowskich znajomych, choćby Hermesa…Po prostu dla tego, że to był piękny koncert gratulacje dla organizatorów, dawno tak dobrze nie było i nie jest to opinia sentymentalna.

28 marca 2015 – Grażyna Łobaszewska & AJAGORE

Nie zwiodą się fani jazz-rocka i dobrego stylu. Po raz kolejny w Gnieźnie wystąpi wybitna wokalistka Grażyna Łobaszewska z niezwykle energetycznym zespołem AJAGORE. Artystka znana z takich hitów jak: „Czas  nas uczy pogody”, czy „Może za jakiś czas” przypomni nie tylko swoje największe przeboje, ale zaprezentuje także utwory z najnowszej płyty „Przepływamy” i własne interpretacje ponadczasowych kompozycji Czesława Niemena. Bilety w cenie 30 i 20 zł (ulgowe dla studentów i młodzieży szkolnej po okazaniu legitymacji) do nabycia na www.kupbilecik.pl, w Miejskim Ośrodku Kultury i przed koncertem.

Fot. Jerzy Andrzejewski

5 grudnia 2014 – PIOTR LEMAŃSKI TRIO

Tydzień Gnieźnieński

Agencja Muzyczna JazzGra i Jazz Club Amok od dawna przyzwyczaili nas, że muzyka jazzowa Pierwszą Stolicę odwiedza regularnie i w dobrym stylu.

Wieczorne, nastrojowe koncerty wypracowały sobie już spore grono stałych odbiorców i wydaje się, że ciągle przyciągają nowych. Krzysztof Gronikowski z Agencji JazzGra od 2002 roku dba, aby promowany przez niego rodzaj muzyki żył i inspirował mieszkańców Gniezna. Myślę, że właśnie ta myśl kierowała nim, gdy postanowił do naszego miasta zaprosić Piotra Lemańskiego. Ten wybitny gitarzysta jazzowy oraz pedagog, który na scenie nieprzerwanie istnieje już od lat osiemdziesiątych.

Nastrojowe bossa novy, sta dardy jazzowe i największe światowe przeboje w jazzowych aranżacjach w wykonaniu grupy: PIOTR LEMAŃSKI TRIO można było posłuchać w gnieźnieńskim klubie Leo Libra. Koncert w piątkowy wieczór, zgromadził nie tylko miłośników nastrojowego jazzu, ale też wielbicieli talentu muzyków, którzy zajmują czołowe miejsca w notowaniach choćby magazynu Jazz Forum.

Koncert z pewnością trafił do tych, którzy po zapracowanym tygodniu postanowili odprężyć się w rytmach nastrojowej muzyki. To kompozycje Jobima, a także zaaranżowane na jazzowo utwory Henryka Warsa i Władysława Szpilmana wiodły prym podczas piątkowej, muzycznej uczty, stanowiąc doskonały pretekst do zaprezentowania wirtuozerii i wrażliwości lidera grupy, gitarzysty Piotra Lemańskiego. Nie zabrakło też jazzowych standardów, jak „Summer time” i przebojów typu „Autumn lives”. Dała się zauważyć niezwykła ekspresja i dynamika perkusisty Kazimierza Jonkisza, który mimo upływu czasu ciągle prezentuje się w doskonałej muzycznej formie.
Doświadczonym muzykom nie ustępował młody pianista i hammondzista Marcin Cichocki, który doskonale budował nastrój, podczas tej muzycznej podróży. Zresztą słuchacze postanowili sobie ją przedłużyć nie tylko dopominając się bisów, ale też kupując w przerwie koncertu płyty, które rozeszły się jak przysłowiowe ciepłe bułeczki.

Piotr Lemański, co dla niektórych może być zaskoczeniem był związany z gnieźnieńskim środowiskiem jazzowym we wczesnej fazie swojej twórczości. Do dziś – jak sam przyznaje – ma legitymację Jazz Clubu Amok. Tajniki gry studiował przez kilka lat u legendy polskiej gitary – Marka Blizińskiego. Oprócz prowadzenia własnych zespołów, ma na swoim koncie współpracę z większością muzyków stanowiących czołówkę polskiej sceny jazzowej np. z Piotrem Biskupskim, Zbigniewem Wromblem, Pawłem Pańtą. Od wielu lat plasuje się w czołówce gitarzystów jazzowych (ankiety „Jazz Forum” i „Gitara i Bas”).Zdobył wiele nagród i wyróżnień na festiwalach: „Jazz Juniors”, „Jazz nad Odrą”i „Złota Tarka”

jan

Fot. Jerzy Andrzejewski